gallery/labedz9
gallery/labedz10

Strona Artmana o rozwoju duchowym,

samoświadomości, analizach, medytacji i oświeceniu

Krzysztof Chrząstek – Artman

O związkach inaczej

 

Przywykło się sądzić, że związki są nam na Ziemi potrzebne. Dziecko nie przetrwa bez opiekunów, najlepiej obydwu rodziców, a w innej sytuacji, chociażby jednego. Potrzebuje miłości, czułości i wsparcia. Samo nie da sobie rady. W takiej rodzinie uczy się wzorców postępowania. Uczy się tego co jest dobre, korzystne, nagradzane a co niekorzystne, złe lub nieakceptowane. Jak to się mówi: czym skorupka za młodu nasiąknie – czyli to czego ktoś się nauczy w młodym wieku – tym na starość trąci – czyli będzie to owocowało, bo ustalone i wyuczone schematy postępowania zostaną uruchomiane i przejawiane na co dzień.

 

Dziecko w takich relacjach uczy się również wzorców funkcjonowania w relacjach partnerskich, miłosnych i seksualnych. Uczy się wzorców reagowania na bodźce seksualne i tego jak wygląda „prawidłowa” czyli jego rodziców – opiekunów relacja w związku. Oczywiście wraz z wiekiem może wyłapać, że nie wszystko to co go spotyka w rodzinie jest dobre, korzystne i przyjemne czy nawet normalne. Tego się uczymy. Z czasem również nawiązujemy własne relacje, które wcześniej tylko podpatrywaliśmy u innych i uczymy się także na własnych błędach. Część naszych wzorców chcemy nawet modyfikować, bo możemy dostrzec, że mogą być nieefektywne, szkodliwe czy nieprzyjemne dla nas lub bliskich nam osób. Z czasem zaczynamy się interesować głębiej samorozwojem, rozwojem osobistym a nawet i rozwojem duchowym.

Często, jeżeli związek naszych rodziców pełen był destrukcji czy szkodliwych nawyków, usiłujemy stworzyć związek partnerski w naszym mniemaniu lepszy od tego, który obserwowaliśmy i w którym uczestniczyliśmy w domu rodzicielskim. Niekiedy się udaje, a niekiedy nie. To zależy od nas, naszej woli, determinacji, chęci, świadomości i umiejętności. Bo żeby zmienić niekorzystne wzorce zachowań, którymi nasiąknęliśmy w dzieciństwie, potrzeba zrozumieć, dlaczego znaleźliśmy się właśnie w takiej, a nie innej sytuacji. Potrzeba zrozumieć, że nasza dusza wybrała sobie takich rodziców, aby coś zrozumieć i przepracować. Przyciągnęliśmy się nawzajem na zasadzie podobieństwa planów, energii oraz dogrania się intencji. No dobrze – ale to co piszę można często poczytać w rozwojowych tekstach. Gdzie zatem jest to inne, które czai się w tytule tego artykułu? Już mówię:)

 

Każdy z nas był dzieckiem (poza ekstremalnymi przypadkami istot, które podobno mogły zmaterializować swoje ciała), więc nauczył się „prawdy”, że relacje – związki z innymi ludźmi, z innymi istotami, są ważne, ba – kluczowe dla przeżycia. Bez nich wydaje się nam, że nie przetrwamy. I mieliśmy rację. Tylko, że ta racja była prawdą dla nas od urodzenia do iluś tam lat, gdy staliśmy się samodzielni. Teraz, jeżeli będziemy uczciwi, to większość czytających ten tekst może ze zdziwieniem odpowiedzieć na pytanie: czy związek jest nam potrzebny – że nie. Inni odpowiedzą, że niekoniecznie, albo, że nawet jest bardzo konieczny lub niezbędny. Potrzeba jest to coś, co potrzebujesz naprawdę, a nie to co chciałbyś mieć. Potrzeba jest kluczowa dla życia, istnienia np. potrzebujesz tlenu, snu aby normalnie żyć. Oczywiście jest cała hierarchia potrzeb. Są potrzeby wyższego rzędu. Do nich można zaliczyć związki. Pokrótce wg Maslowa mamy najpierw potrzeby fizyczne – jedzenie, woda, sen, seks. Jeżeli to mamy zapewnione to staram się zaspokoić swoją potrzebę bezpieczeństwa, wygody i spokoju. Potem są potrzeby miłości i przynależności. Chcemy kochać i być kochani. Rozwijamy swój potencjał. Tu ważne są akceptacja i poczucie wspólnoty. Nawiązujemy relacje bliskie i intymne. Potem są potrzeby uznania, szacunku i prestiżu. A na koniec potrzeby samorealizacji. Ten model jest dość dobry. Pokazuje, jak się rozwija większość z nas. Staramy się zrealizować wszystkie te potrzeby w naszym życiu. Tak działa mechanizm naszych genów i psychiki. Jesteśmy „motywowani” z dwóch stron – biologii i „świadomości społecznej”, z którą się stykamy. Biologia i normy społeczne z kręgu, w którym dorastamy i się rozwijamy kształtują nas i nasze postawy a co za tym idzie i potrzeby. Moim zdaniem osoby, których świadomość jest nieco szersza, co umożliwia im samodzielne myślenie i dokonywanie wyborów nieco innych od reszty, może niejako odrobinę „pominąć” pewne pułapy hierarchii potrzeb. A mianowicie wraz z samorozwojem zaczynamy coraz bardziej kierować uwagę na siebie, co niesłusznie przez niektórych jest nazywane egoizmem. Taka osoba nie potrzebuje uznania z zewnątrz – od innych osób, bo sama dla siebie jest źródłem takiej satysfakcji i wsparcia. Widzi też jak ułomne i chwiejne jest wsparcie z zewnątrz, nawet od bliskich osób. Wszystko jest czasowe, zmienia się i w niewielu rodzinach gra się fair – za pomocą miłości, a nie manipulacji. Poza tym, jeżeli rozmawiamy o rozwoju duchowym, to zwyczajnie dana dusza mogła już tyle razy spełniać poszczególne potrzeby lub je wszystkie naraz, że nie przywiązuje już do tego tak wielkiej wagi. Jest już do tego przyzwyczajona i tym nasycona. Nie ma zamiaru po raz kolejny spełniać norm społecznych i przypisanych do nich potrzeb, bo wie lub czuje, jak to wszystko jest chwiejne i czasowe – chociażby ograniczone końcem fizycznego istnienia. Wbrew pozorom taka osoba, która kieruje uwagę do wewnątrz i zajmuje się sobą, sama się motywuje i nagradza fizycznie i emocjonalnie, uczuciowo, jest niebywale cenna dla całej reszty społeczeństwa. Jeżeli ta osoba ma czyste intencje i rozwija swoje boskie cechy, promieniuje na zewnątrz spokojem i miłością, co udziela się innym. Odkrycia naukowców, o czym od zawsze wiedzieli zajmujący się rozwojem duchowym, jest holograficznym fraktalem, a to oznacza, że jednostka jest taka sama jak całość a całość taka sama jak jednostka. Rozwijamy się w sprzężeniu zwrotnym. Osoby zajęte realizację potrzeby bezpieczeństwa lub uznania wydatnie korzystają z energetyki, osiągnięć duchowych osoby, która medytuje, kocha siebie i rzeczywiście nie czuje potrzeby – czyli uzależnienia np. od społecznej akceptacji czy prestiżu.

 

Ważną kwestią jest zdanie sobie sprawy, że żyjemy na dwóch płaszczyznach, a właściwie na ich styku – fizycznej i duchowej. Świadomość społeczna – większości ludzi zdąża do tego, aby maksymalnie wykorzystać swój potencjał fizyczny – produkować, doświadczać, spełniać się w rolach społecznych. Tylko nieliczni odważają się pozytywnie zmodyfikować swe potrzeby, zachowania i cele lub brak celów, o czym wspomnę w innym artykule. Przywiązanie do ról i tego co „mamy robić” jest tak wielkie, że niewielu je dostrzega. Możemy maksymalnie spełniać się w jakiejś roli – pracownika, kochanka, partnera, robić to na maksa, w stu procentach, albo też zauważyć, że to nie musi być konieczne do mojego indywidualnego rozwoju i że mogę chcieć czegoś innego i działać inaczej. Nie muszę mieć związku, aby być szczęśliwym i spełnionym. Nie muszę mieć dzieci, aby poczuć się i być przez innych i we własnych oczach uznany za dobrego człowieka, za mężczyznę lub wspaniałą kobietę. Nie muszę. Wszelkie standardy mówiące o tym, co jest „ideałem” w danym społeczeństwie się zmieniają. Tylko idee są boskie, bo pierwotne, stworzone przez energię Kosmosu, stwórcę, Boga.

 

Wielokrotnie różni nauczyciele i mistrzowie duchowi powtarzają, że trzeba poczuć się spełnionym – przepracować karmę związku (oprócz całej masy innych karm). I tu właśnie pojawia się najbardziej to inne. Coraz więcej osób wokół mnie rozumie, że karmy nie trzeba koniecznie przepracować w taki sposób, że trzeba być z kimś w związku. Dusza może już zwyczajnie nie chcieć tego typu doświadczeń. Jest nimi nasycona a często znudzona. I nie chodzi tu o uciekanie od związku, strach przed nim a po prostu o dobre samopoczucie samemu ze sobą. Podobnie jak nie muszę uzdrawiać karmy np. wojskowego czy mnicha poprzez bycie wojskowym czy mnichem w tym życiu, tak również nie muszę przepracowywać karmy rodzica czy związku poprzez posiadanie dzieci czy też bycie w związku. Wystarczy – ale to całkowicie uczciwie – by przed sobą samym przyznać czy bycie samemu (nie mylić z poczuciem osamotnienia) nam odpowiada czy nie. Jeżeli tak, to fajnie. Jeżeli nie, spełniaj się w związku. Możesz to robić, bo to jest Twój wybór. Ważne, abyś się nie oszukiwał, np. intelektualizując, że bycie bez związku jest takie boskie, wyzwalające, że tak robili święci, więc i ty zaczniesz tak robić. Jeżeli nie czujesz tego z serca i nie masz poukładane w Glowie dlaczego tak wybierasz, to lepiej tego nie rób, bo będziesz cierpiał, albo wprowadzał ludzi w błąd jak księża, którzy oficjalnie nie mogą być w związku a nieoficjalnie mają na boku baby albo molestują dzieci.

 

Wielokrotnie Bóg daje nam właśnie taką możliwość - poprzebywania dłużej samemu poprzez mieszkanie samemu albo nie tworzenie dłuższych relacji partnerskich, właśnie dlatego, abyśmy wniknęli bardziej w siebie i nawiązali ze sobą głębszą relację. Sugeruje, abyśmy pogłębili również związek ze swoją wewnętrzną istotą i co najważniejsze – własnym sercem i Bogiem w sobie. Często na początku burzymy się przeciw temu i opieramy. Na siłę szukamy partnera, rozglądając się gorączkowo wokół. Często również roimy sobie, że chociaż trochę pasujące do nas osoby będą dla nas odpowiednimi partnerami, bo mają podobne hobby czy pomysły na życie. Często takie relacje nie są długie i nie trwają dłużej niż kilka miesięcy. Rozpaczamy wtedy i mamy do Boga pretensje. Przerabiamy dekrety dotyczące związku partnerskiego i robimy liczne ćwiczenia mające pomóc nam – poprzez przeprogramowanie podświadomości, przyciągnąć dla nas idealnego partnera czy partnerkę a już najlepiej idealną połówkę:). Tymczasem podobnie jak w związkach, w których jedno lub oboje partnerzy chcą mieć dziecko, ale z różnych przyczyn im to nie wychodzi lub fizycznie nie mogą, to na siłę – robiąc różne zabiegi, terapie czy na koniec wszczepienia zarodków In vitro czy robiąc sztuczne zapłodnienie, starają się pomóc naturze. Można tak robić i wielu ludzi tak robi – idą pod prąd i czerpią z tego satysfakcję. Tak też można – można wchodzić na Mount Everest, przepływać w kajaku ocean, tylko po co? Często właśnie Bóg celowo nam czegoś nie daje, bo ma dla nas coś lepszego. My jednak się temu opieramy i nie chcemy się przyjrzeć co On dla nas przygotował. Oczywiście w tym wszystkim jest bardzo cienka granica pomiędzy – „nie mam, bo nie chce mi się nic zrobić w tym kierunku”, a „nie mam czegoś, bo nie potrzebuję tak naprawdę tego do spełnionego, twórczego i zgodnego ze swoim Najwyższym Dobrem życia, poczucia własnej wartości czy poczucia spełnienia”. Warto to rozważyć.

 

Związki nie dla każdego są korzystne i nie na wszystkich etapach życia. Czasem o wiele lepiej jest żyć samemu niż w tzw. rozwojowych związkach, w którym co trochę jednej ze stron, jak to się ujmuje w duchowym żargonie „wywala” czyli uruchamiają się negatywne wzorce wyniesione najczęściej z dzieciństwa lub przyniesione z poprzednich wcieleń. Takie związki często służą obu stronom do tzw. ścierania się ich ego, a jak wiadomo ścieranie powoduje ubytek czyli ma doprowadzić do zmniejszenia się lub w idealnym stanie do likwidacji ego. Związki takie funkcjonują w oparciu o świadomość lustra – czyli partnerzy pokazują sobie nawzajem dobre jak i negatywne wzorce. Te są głównie zauważane. Oczywiście wszechświat po to nam je pokazuje, abyśmy je zmienili na lepsze, a najlepiej zgodnie z boskim planem. Jakże to piękne założenie. Mi jednak się wydaje, że Bóg ma dla mnie przyjemniejszy sposób uczenia mnie (ale może ja jestem dostatecznie inteligentny i pokorny – czyli przyjmujący chętnie najlepsze – boskie rozwiązania). Mogę się też mylić. Mi takie związki by nie odpowiadały. Ale akceptuję, że innym mogą służyć. Ich wola i wybór. Trzeba sobie uczciwie odpowiedzieć na pytanie: jakie są plusy i minusy każdej z opisanych tu sytuacji. Oczywiście, że bycie z kimś w dobrym związku jest przyjemne. Zwłaszcza na początku, kiedy jesteśmy na feromonowym i hormonalnym haju:) Gdzieś po 3 latach czar najczęściej pryska i postrzegamy siebie, partnera i związek w innym, realniejszym i niestety bardziej przyziemnym świetle. Wtedy najczęściej dochodzi do rozstań, rozwodów i zdrad, bo…początkowy dreszczyk się wyczerpał, a większość osób, mimo deklaracji, chce wciąż czuć „to coś” - ekscytację, podniecenie, adrenalinę, zamiast błogości, spokoju i szczęścia. Uniezależnienie się od tego haju, podekscytowania, które umożliwia, zapewnia i przyśpiesza nam druga osoba jest ważne. Daje niezależność duchową, psychiczną i emocjonalną.

 

Dużym, a często najważniejszym elementem scalającym związek jest posiadanie przez partnerów wspólnych celów do zrealizowania. Często w dłuższej perspektywie to ich posiadanie decyduje o tym czy związek przetrwa czy nie. Nawet pomimo wspaniałych parametrów wpływających na to, że związek może być udany (co można np. zbadać za pomocą analizy psychometrycznej  i są to np. harmonia biopola czy czakr serc), jeśli cele jednej z osób w związku się drastycznie zmienią, to często związek się kończy lub zmienia swój charakter. Jeśli ktoś myśli, że jest inaczej, to może sobie wyobrazić, że informuje swoją ukochaną o tym, że właśnie zamierzasz sprawić, że przeprowadzicie się do Afryki na 5 lat, gdzie będziecie wspólnie poganiaczami twoich ukochanych słoni (Twoje nowo odkryte hobby, bez którego nie możesz dalej żyć:) a potem resztę życia spędzicie na Twoim wymarzonym Fidżi jako rybacy, bo zawsze o tym marzyłeś. Aha i dodaj, żeby pomogła Ci się pakować bo jutro wyjeżdżacie. Oczywiście znajdą się takie partnerki/partnerzy, którzy słysząc to będą szczęśliwi, ale większość…Cóż…parametry fizyczne i energetyczne pozostały te same, zmieniła się natomiast droga życia, plany…

 

W związkach nastawionych na scalenie się totalne, zlanie się energetyczne dwojga partnerów również jest to ważne. Najczęściej tacy partnerzy ćwiczą tantrę. Tantra to zjednoczenie. Można się jednoczyć z Bogiem bezpośrednio – samemu – jest taka odmiana tantry, jak również w parze – poprzez boski, zharmonizowany seks lub potem – po rozszerzeniu się pola energetycznego, poprzez samą bliska obecność. Jeżeli partnerzy są dobrze dobrani i mają zbliżone lub identyczne biopole, energię czakr, to wtedy zachodzi zjawisko rezonansu. Jest ono bardzo przyjemne, to tak, jakby nasza energia była wzmocniona. Osoby wrażliwe czują ciepło w sercu i radosną wibrację. To samo obserwujemy chociażby w strunach gitary. Jeżeli dwie są nastrojone na tę samą nutę, to jak się trąci jedną strunę, druga zacznie brzmieć. Nasza energia jest wzmacniana energią partnerki a energia partnerki wzmacniana jest nasza energią. Zachodzi tutaj również zjawisko synergii, kiedy to suma wszystkich składników związku jest większa niż suma składników poszczególnych partnerów osobno. To dlatego niektórzy odczytują związki jako boskie (i takie często w istocie są) i ekscytujące, napełniające energią i odświeżające. Jednak nawet w takich doskonałych związkach należy zwrócić baczną uwagę na to, aby się nie uzależnić od partnera, od jego obecności, zapachu czy brzmienia głosu. Są to elementy istotne i dające spokój i poczucie oparcia, ale warto wiedzieć, ze kiedyś ich może nie być.

 

W rozwoju duchowym nader istotną kwestią jest umiejętność korzystania z pełną radością, miłością i szacunkiem z czegoś – również z obecności i wsparcia partnera przy jednoczesnym nie byciu zależnym od partnera lub jakiejś rzeczy czy zjawiska.

 

Każdy sam wybiera, co jest dla niego dobre i odpowiednie na dany czas lub życie.

 

Pod pewnymi względami dążenie do związku na początku jest fajne, jest „naturalne” – wszak większość organizmów na planecie Ziemia ma dwie płcie, więc łączą się – część na krótko, część na dłużej w pary. Ale po pewnym etapie rozwoju świadomości (tak też może być z częścią istot z innych przestrzeni wibracji – anioły, elfy, które są inkarnowane z różnych przyczyn na tej planecie) dążenie do związku jest takim samym wzorcem jak np. picie alkoholu. Wiem, być może drastyczne porównanie, ale…coś w nim jest. Dlaczego? Bo w powszechnej opinii „tak robią wszyscy”, bo „tak inni robią”, bo „to normalne”, „naturalne”, „jeden Ci przecież nie zaszkodzi”. Pod pewnymi wzorcami, jak się tak dobrze zastanowić, to spanie z kimś (o ile nie ma dużego mrozu lub ochoty na seks i pieszczoty) jest nawet odrobinę śmieszne. Jesteśmy nieograniczonymi istotami, tymczasem często ograniczamy swoje dobre samopoczucie do tej jednej relacji. Mówimy - ty jesteś moją ukochaną, ty jesteś całym moim światem, życie bez ciebie nie ma sensu. Totalny nonsens! Według mnie na pewnym etapie rozwoju świadomości i duszy, chęć tworzenia związków jest takim samym wzorcem, wyuczonym przez podświadomość i świadomość, jak inne wzorce, których się pozbywamy, od których się uwalniamy, aby żyć szczęśliwie i być radosnymi. Powtórzę jeszcze raz – nie  zrób tego błędu i nie pomyśl, że dobrze, nie chcesz tworzyć związków, bo chcesz być na tym etapie świadomości. To niekoniecznie musi tak działać:). Nie poczujesz wtedy dogłębnego spełnienia w tym temacie, jeśli będziesz tęsknił za bliską, fizyczną, seksualną i psychiczną relacją z kimś. Nawet niektórzy tak zwani Awatarowie, również żyjący współcześnie, czasami podświadomie tęsknią do bliskiego (niekoniecznie oficjalnego związku), choć rola, jaką przyjmują im tego trochę zabrania. No bo jak inkarnowany Bóg miałby mieć partnerkę? Chcieć z nią sypiać? Choć w przeszłości bywały przecież inkarnacje boskich par małżonków.

 

Obalę tutaj jeszcze jeden mit. Otóż w moim odczuciu i z moich obserwacji wynika, że to kobiety o wiele bardziej zwracają uwagę na urodę i piękno partnera czy partnerki. Chociaż zarzekają się, że jest inaczej, poszukują swojego wzorca piękna i urody i w nim się zakochują, to znaczy najczęściej chcą mieć z nim dobry seks i dzieci. Czasami chodzi im bardziej o potomstwo niż dobro partnera. Z mężczyznami jest inaczej. Potrafią bardziej modyfikować swoje wzorce kobiety. Oczywiście typowi mężczyźni lubią „zaliczać” piękne kobiety, ale nie koniecznie już stwarzać z nimi dłuższą relację. Nie zamierzam z nikim polemizować, zawsze są wyjątki i od nich też wyjątki. Widać jednak jakąś tendencję ogólną.

 

Mi również przez wiele lat wydawało się, że muszę stworzyć związek, najlepiej z idealną (dopasowana pod każdym względem) połówką. Jednak to, o co mojemu Wyższemu Ja chodziło to, nie szukanie (a właściwie znalezienie:) Partnerki, ale to, abym właśnie w pełniejszy sposób nawiązał relację – związek ze sobą samym. To się mojej Wyższej Jaźni wydawało najlepsze dla mnie na teraz i na to życie. Najśmieszniejsze jest to, że jak już poczułem się z tym dobrze, to naraz odezwało się kilka kobiet do mnie chcących nawiązać znajomość. Było to jednak krótkotrwałe. Oczywiście być może stworzę jeszcze kiedyś związek (czy związki:), o ile spotkam mądrą i wartościową kobietę, która będzie do mnie pasowała. Ale równie dobrze mogę być sam. Polubiłem swoje małe, proste życie. Doceniam to, że mieszkam w mieście, ale za to blisko Odry z pięknymi brzegami i blisko dwóch stawków – jeden z łabędziami a drugi, w którym się mogę w lecie kąpać. Mieszkam tak, jakbym był na Mazurach, po których kiedyś żeglowałem i na których chciałem kiedyś mieszkać. Na szczęście jednak zostałem w mieście i nie muszę np. odśnieżać ani zajmować się długo domem. Bo często właśnie takie osoby popadają z jednej skrajności w drugą – chcą być wolne od hałasu i smogu miasta, ale stają się niewolnikami domu na wsi, o który trzeba nieustannie dbać, naprawiać. I często staje się tak, że to nie oni mają dom, ale dom ma ich. Podobnie jak kiedyś mieli z nielubianą pracą. Ale oczywiście cisza i kolory w różnych porach roku mogą wszystko wynagradzać.

Jeżeli jest we mnie jeszcze jakiś żal za tym, że w tej chwili, po zmianach mentalnych i świadomości, wynikających z rozwoju duchowego, nie spotkałem pasującej do mnie partnerki, z którą naprawdę chciałbym być dłużej i z wzajemnością:) to jest to raczej resztka żalu osobowości danej inkarnacji za czymś co niekoniecznie jest niezbędne lub do zrealizowania. Myślę, że wyszedłem po prostu z kolejnego programu i uwarunkowania.

 

Nawiązanie pełnej szczerej relacji ze sobą samym jest najcenniejsze. Dopiero, gdy zaprowadzimy pokój we własnym sercu, wszystko zaczniemy inaczej postrzegać. Nie potrzebujemy – jeżeli mówimy, że zajmujemy się rozwojem duchowym – mieć związków, domu, ba nie musimy nawet zasadzić drzewa:) wystarczy, że poczujemy się w danym temacie spełnieni i pogodzeni ze sobą i z Bogiem, co właściwie na jedno wychodzi, bo Bóg jest najcentralniejszą naszą cząstką. Jest źródłem nas.

 

Nauczenie się również postawy, aby być szczęśliwym i zrelaksowanym na równi mając coś i nie mając tego to duża sztuka. Zazwyczaj osiągają ją Ci, którzy już wystarczająco się nasycili bogactwem, posiadaniem i różnymi przedmiotami czy relacjami, pozycjami społecznymi i docenieniem, uznaniem ogółu. To dlatego Buddzie było łatwiej osiągnąć oświecenie od wielu mistrzów i nauczycieli, których spotykał i od których się uczył. On miał szerszą świadomość – był księciem, był zrealizowany jako partner, ukochany, mąż i rodzic. Ponadto opływał we wszystko. Jego młody umysł nasiąknął tym, że ma, tym, że może. Dlatego nie musiał, podobnie jak inni towarzyszący mu asceci, nic odrzucać z równoczesnym pożądaniem tego – jak było z całą pewnością u wielu ascetów, którzy nie doświadczyli w tym życiu przepychu, bogactwa i sytości. Jemu natomiast to już się przejadło. Oni dopiero wchodzili na górę, z której On już schodził. A ponieważ spotkali się po drodze rano, gdy była mgła (ułudy umysłu), to myśleli, że idą w tym samym kierunku. Na szczęście mądrość Buddy zwyciężyła. Dojrzał piękno i harmonię równowagi. Odnalazł dzięki temu połączenie z całą swoją istotą i Bogiem w sobie. Dzięki temu potrafił znaleźć potrzebne rozwiązanie właśnie wtedy, kiedy było potrzebne. Bo po cóż miało być potrzebne wcześniej lub później.

 

Jeżeli masz postawę, że cieszysz się całym sobą z satysfakcjonującego związku lub z tego, który masz aktualnie, a gdyby się on zakończył, np. na skutek odejścia partnera z tej relacji lub zakończenia przez niego życia, to byś nie rozpaczał dłużej niż prze tzw. okres żalu po rozstaniu, czy żałoby, to dobrze. To znaczy, że nie tylko jesteś świadomością w tej relacji, ale też znasz naturę relacji. Jej ulotność i ograniczone trwanie. Chyba, że chcesz przenieść relację z daną duszą w kolejne życie. Wiele par dusz rozwija się w taki sposób dla ułatwienia i uprzyjemnienia sobie rozwoju, życia i realizacji planów.

 

Oczywiście ten artykuł nie wyczerpuje tematu związków – to omawia wiele książek i artykułów. Tu próbowałem nakreślić kilka swoich przemyśleń. Być może napiszę bardziej klasyczny artykuł o roli związku. Bo co tu dużo mówić – chcemy czy nie – jesteśmy połączeni ze wszystkim i ze wszystkimi.

 

Życzę Ci, abyś w kwestii związków, życia i szczęścia odnalazł najlepsze dla siebie rozwiązanie. Z Bogiem.

 

 

To prawda, że wiele w kwestii związków i wzajemnej sympatii dzieje się na planach subtelnych. Ale jeszcze bliższe prawdy jest moim zdaniem to, że to właśnie na planie materialnym dzieje się to, co kluczowe dla związków istot przejawiających się poprzez ciała fizyczne.

 

 

To cudownie móc się cieszyć wspaniałym związkiem, partnerem czy partnerką, do której rwie nam się serce, a buzia sama się uśmiecha. Dusza Ci się raduje, jesteś szczęśliwy i czujesz się spełniony. Ciesz się tym i korzystaj z tego. To miłe doświadczenie. Ale przy tym, bądź świadomy, że to tylko gra, której reguły są ściśle określone przez fizyczne czynniki – głównie zapach i kształt. Potem liczy się pozycja i dobra materialne a potem dopiero sposób zachowywania się czy intelekt. Gdybyśmy nie mieli wyniesionych z domów rodzinnych czy rodzin wzorców funkcjonowania w rodzinie i w związku, być może poza krótkimi potrzebami seksu nikomu nie chciało by się – bo nie wiedzieli by po co i jak – wchodzić w związek. A tak wypatrują się dwie osoby o podobnych wzorcach lub podobnej wizji siebie, celach lub planach. Oczywiście mówię tu o przyciąganiu seksualnym, erotycznym do kogoś, z kim chcielibyśmy się tulić czy kochać. W przyrodzie ten mechanizm działa perfekcyjnie. Wystarczy, że samiec poczuje zapach samicy lub odwrotnie a totalnie „głupieje”. Te substancje chemiczne powodują, że zupełnie zmienia się jego dotychczasowe zachowanie, a nawet plany. Przejmują one nad nim kontrolę. I to często do tego stopnia, że – jak to się ujmuje „myśli się tylko o jednym”.